O ile potwierdzi się infomacja, że b. minister spraw wewnętrznych Kaczmarek był w PRL lektorem Komitetu Wojewódzkiego PZPR oraz absolwentem Ośrodka Szkolenia Oficerow Politycznych w Łodzi, to dwie rzeczy nadają się w Polsce do bezzwłocznego potłuczenia o dupę: 

a)    Cały establishment policyjno-wywiadowczo-kontrwywiadowczo-antykorupcyjny. Ponieważ te  wszystkie razem wzięte organa tajne, jawne i dwupłciowe nie potrafiły zabezpieczyć państwa i jego premiera przed ambarasem, którego można było uniknąć, jak się to pospolicie robi w Pierwszym Świecie, przy pomocy fachowego, dyskretnego i taktownego prześwietlenia biografii kandydata na ministra i wręczenia premierowi streszczenia wyników w trzech punktach, na jednej kartce papieru. W niemal każdym kraju Zachodu, dyskretnego zbadania dawnych zaszłości kandydatów na członków gabinetu nie uwaza się za ujmę dla nikogo, tylko za polisę ubezpieczeniową na wszelki wypadek. Powszechnie uważa się, też, że lepiej i kulturalniej jest, jeśli umoczony w coś i zdemaskowany takim dyskretnym dochodzeniem polityk zamiast na fotel ministerialny przejdzie na emeryturę ze względu na zły stan zdrowia, albo zostanie ambasadorem - zamiast dymisji w świetle jupiterów.

b)    Iluzja opozycyjno-antykomunistycznego credo PiS. Ponieważ lektor to nie był, jakby nazwa mogła wskazywać, facet czytający towarzyszom do poduszki "Brzechwa Dzieciom". Lektor to nazwa tradycyjna, część bolszewickiej tradycji, przejęta przez polskich komunistów od WKP(b) [Wszechzwiązkowej Partii Komunistycznej (bolszewików)], oznaczająca pracownika propagitu, czyli Wydziału Propagandy i Agitacji, w rajkomie, czyli Komitecie rejonowym WKP(b), w tym wypadku KW PZPR. Pracownicy Wydziałów Propagandy i Agitacji nawet wśród innych pracowników aparatu PZPR uchodzili za fundamentalistycznych czerwonych talibów. Z czym zresztą świetnie się zgadza skierowanie do OSOP w Łodzi, ośrodka szkoleniowego wojskowych politruków.