Niepatriotycznie byłoby Polakowi wołać za JFK “Ich bin ein Berliner”.
Ale oprócz Berlina są inne stolice, oraz inne sposoby na układy.

Według opinii niektórych osób komentujących mój blog, które na ogół podczas stanu wojennego miały od minus siedmiu do siedmiu lat, nie istnieją i nigdy nie istniały:

  • problem PRL jako niesuwerennego państwa wasalnego,
  • problem jakichkolwiek zaszłości z tego okresu, 
  • problem odpowiedzialności za stan wojenny,
  • problem reprezentatywności Okrągłego Stołu lub jej braku,
  • problem zweryfikowanej i niezweryfikowanej esbecji,
  • problem 50-200 tysięcy jej byłych TW, 
  • problem uwłaszczenia nomenklatury PZPR,
  • problem utrzymywania przez 18 lat po zmianie ustroju państwa i systemu sojuszy instytucji wywiadu i kontrwywiadu wojskowego wyszkolonego bezpośrednio przez npla i według jego doktryny,
  • problem zniknięcia kasy PZPR,
  • problem akcji ‘Żelazo’,
  • problem FOZZ,

    i wiele jeszcze innych ciekawych historycznych problemów; a także osobny problem zadziwiająco wysokiej częstotliwości śmiertelnych chorób i nieszczęśliwych wypadków wśrod ludzi, którzy te problemy dostrzegli i sygnalizowali od wczesnych lat 90-tych.

    Wszystkie te problemy zdaniem komentatorów nie istnieją, tak samo, jak nie istnieje i nigdy nie istniał 49-letni szwajcarski zegarmistrz Franck Muller ani zegarki jego pomysłu. Albo elektron, którego też nikt nigdy na własne oczy nie widział. Historia Polski zaczyna się od 4 czerwca 1989 roku.

    Mało komu z moich komentatorów chce się pamiętać, że nawet w świetle maksymalnie życzliwego totalitarnemu państwu systemu prawnego PRL, stan wojenny został wprowadzony pozaprawnie. Rada Państwa PRL miała konstytucyjne uprawnienia do ogłoszenia stanu wojennego/wyjątkowego tylko w okresach kiedy Sejm PRL nie obradował, natomiast nie miała takich uprawnień podczas trwającej sesji sejmowej.

    W normalnym państwie, już tylko tego jednego faktu wystarczyłoby, aby wszyscy żyjący członkowie WRON odsiadywali obecnie piętnasty rok 25-letniego wyroku, mając szanse na zwolnienie za dobre sprawowanie już niedługo, po odbyciu dwóch trzecich kary. W Polsce natomiast, nieoczyszczony PRL-owski wrzód ropieje od 18 lat i periodycznie grozi państwu śmiertelną sepsą.



    Dla porównania, bardzo skomplikowane zaszłości norwesko-niemieckie podczas II wojny światowej zostały zasadniczo rozliczone w ciągu nieco ponad trzech lat po wojnie. W powojennej Norwegii miejscowi poputczycy totalitaryzmu także straszyli, że nowa władza dąży do wymordowania wszystkich 50 tysięcy członków kolaboracyjnej partii Nasjonal Samling, czyli około 2% ludności Norwegii. W publicznych debatach, zwolennicy karania kolaborantów nazywani byli “frakcją lodową”, że niby serca mieli jak z lodu.  Norweskie autorytety, całkiem jak w dzisiejszej Polsce, załamywały wtedy ręce nad ohydnym polowaniem na czarownice uprawianym przez prasę. Zaś zwolenników gorących serc, przytulenia, odpuszczenia, zapomnienia i grubej kreski nazywano w powojennej Norwegii “frakcją jedwabną”.

    Towarzyszka Dorota Waniek, dramatycznie wołająca w Sejmie RP w 1998 roku “zostańcie sami ze swoją nienawiścią” i ostrzegająca, że krwawa zemsta antykomunistycznej opozycji grozi wszystkim 3 milionom b. członków PZPR, czyli ponad 7% ludności Polski, byłaby w Norwegii takim jedwabnikiem.

    Ponieważ cała rzecz działa się przed wynalezieniem poprawności politycznej, w wyniku szerokiej debaty publicznej, jaka toczyla się w Norwegii w 1945 roku, uznano tam, że dla narodu wyzwolonego z niewoli jedwab jest luksusem, zaś sprawiedliwość jest nieodzowna. W niespełna trzymilionowym wówczas kraju, aresztowano 28 750 członków Nasjonal Samling. Znakomita większość została zwolniona bez procesu lub uniewinniona przez sądy. Kilkanaście procent ukarano krótkotrwałym więzieniem lub grzywną. 200 osobom postawiono zarzut zdrady, karanej śmiercią. 170 uniewinniono, 30 skazano na śmierć, 25 stracono. Następnie zaprzestano w Norwegii wykonywania kary śmierci, którą ostatecznie zniesiono znacznie później, w latach siedemdziesiątych.

    Skazani i straceni za zdradę zostali:

W polskiej skali statystycznej, rozwiązanie norweskie przekłada się na tymczasowe aresztowanie około 57% członków PZPR,  czyli około 1,71 miliona osób. Oraz około 250 tysięcy osób ukaranych w procesach dekomunizacyjnych krótkotrwałym aresztem lub grzywną, około 12 tysięcy postawionych zarzutów zdrady, około 1800 wyroków śmierci i około 1500 egzekucji. 

W 18 roku istnienia odrodzonej Rzeczypospolitej, jest zdecydowanie za późno na 1,71 miliona aresztowań czy ćwierć miliona procesów dekomunizacyjnych. Zwłaszcza, że 95-98% członków PZPR było w tej awangardzie klasy robotniczej  z głupoty lub oportunizmu, które ani nie są, ani nie powinny być karalne w żadnym kraju, bo żaden kraj nie nastarczyłby do tego sędziów ani więzień.

Półtora tysiąca szubienic Polska nie przełknie. Poza tym, co potem robić z setką katów? Zresztą polskie członkostwo Unii Europejskiej wyklucza tak orzekanie, jak i wykonywanie kary śmierci. 

Ale czy jest za późno na, dajmy na to, 500 wyroków skazujących prominentów PRL za zdradę?  Pięćdziesiąt wyroków po 25 lat więzienia, i czterysta pięćdziesiąt po, powiedzmy, od pięciu do dziesięciu
lat? Z perspektywą przedterminowego zwolnienia na zasadach ogólnych?  Czy to by obraziło, czy też zadowoliło polskie poczucie sprawiedliwości? Tej samej, która jest podobno ostoją RP, a w każdym  razie tak napisano na budynku warszawskich sądów.

Co prawda, słowa SPRAWIEDLIWOŚĆ JEST OSTOJĄ RZECZYPOSPOLITEJ wyryto na gmachu sądów przed wojną, więc pewnie teraz się już nie liczą. Prędzej czy póżniej padnie propozycja, żeby przy najbliższym remoncie zasłonić je reklamą majtek albo oranżady. Istnieje wszak w Polsce precedens postępowania, gdy coś jest historycznie prawdziwe, ale krępujące. Mianowicie udaje się, że tego nie ma. Neon nad głównym wejściem do Pałacu Kultury w Warszawie zasłania wyryte tam w kamieniu wiekopomne nazwisko towarzysza Stalina.