Z okazji amerykańskich wyborów prezydenckich, autorytety amerykanistyczne w Warszawie znowu, jak podczas co najmniej trzech ostatnich kampanii wyborczych w USA, chciałyby wyprężyć "prężne polskie lobby" w USA, aby tą prężnością nakłonić nowego prezydenta  do demonstracyjnego złamania amerykańskiego prawa i zniesienia obowiązku wizowego dla Polaków udających się TURYSTYCZNIE do Stanów Zjednoczonych. Nie osiągnięto tego przez trzy ostatnie prezydentury USA i nie osiagnie się tego teraz. 

Polski argument za zniesieniem jest głównie taki, że po pierwsze Kościuszko i Pułaski, a po drugie, że skoro Stany Zjednoczone tolerują na swoim terytorium miliony nielegalnie tam przebywających Meksykanów, to co by im szkodziło tolerować jeszcze kilkaset tysięcy nielegalnych Polaków, żeby sobie mogli odebrać drogą pracy na czarno to, co im się od Ameryki należy za wysiłek polskiego żołnierza w Iraku i Afganistanie.

No i jakże fantastyczny miałoby to wpływ na statystyki bezrobocia w Polsce, oraz na budżet panstwa, który nie musiałby finansować żadnych świadczeń osobom wyjechanym za ocean - na im dłużej, tym dla budżetu lepiej. No i jeszcze ta płynąca darmowa kasa od złotej rybki z Chicago dla rodziny w kraju. Słowem, same pozytywy dla Warszawy.

Argument, że od czasu otwarcia rynków pracy w Unii Europejskiej dla gastarbeiterów z Polski znikły jak sen złoty bodźce ekonomiczne dla nielegalnego pobytu i pracy na czarno w USA więc tu tylko o zasadę i TURYSTYKĘ chodzi, jest kłamliwy, o czym politycy tak polscy jak i amerykańscy doskonale wiedzą.  Jak można bowiem bez wysiłku stwierdzić gołym okiem, na autentyczną TURYSTYKĘ do USA stać znikomy procent Polaków.

Osoby z tego znikomego procentu populacji, który na to stać, zazwyczaj dostają amerykańską wizę bez kłopotu. Drogą prostej eliminacji dochodzi się zatem do oczywistego dla wszystkich poza odrzuconymi petentami wniosku, że amerykański system wiz TURYSTYCZNYCH działa tak, jak ma działać, to jest odsiewa osoby, których na TURYSTYKĘ do USA nie stać, lub mają inne niż TURYSTYKA cele wyjazdu. Nie ma zatem powodu zmieniać dobrze funkcjonującego status quo.

Oczekiwanie polskich amerykanistów, że prężne polskie lobby się wypręży i załatwi Polakom z kraju zniesienie TURYSTYCZNYCH wiz amerykańskich, jest wynikiem tyleż ignorancji co i myślenia życzeniowego.

Polacy mieszkajacy stale w USA generalnie nie po to się tam osiedlili, aby zza oceanu robić dobrze każdorazowemu rządowi w Warszawie. Ci Polacy, lub ich rodzice, w wielu wypadkach wyemigrowali między innymi po to, by mieć raz na zawsze święty spokój od niepowtarzalnego polskiego modelu stosunków państwo-obywatel. 

Polski model stosunków państwo-obywatel niektórzy trafnie określają jako "okupację kraju przez jego wlasnych urzędników", albo "administrację kolonialną Polaków przez Polaków". Administrację schamiałą do imentu, maksymalnie nieprzyjazną, ociekającą absurdem i patologiczną podejrzliwością do petenta, nastawioną głównie na "pokazywanie" (ja panu pokażę!), oraz dbałość, by  petent nigdy nie zapomniał czyje na wierzchu i kto tu rządzi.

Wielu Polaków uważa, że być walczącym z przeciwnościami emigrantem w obcym kraju to jest całkiem przystępna cena do zapłacenia za to, by już nigdy w życiu nie spotkać klasycznej polskiej urzędniczki. 

Protestacje, że stosunek państwa polskiego do obywatela zmienia się na lepsze, są kłamliwe, jak o tym dobrze wie każdy, kto usiłował np. złożyć wniosek o polski paszport dla nowo urodzonego niemowlęcia w Konsulacie Generalnym RP w Londynie,  dodzwonić się do Konsulatu Generalnego RP w Sydney w godzinach urzędowania, albo dowiedzieć się czegokolwiek osobiście lub telefonicznie w Konsulacie Generalnym RP w Nowym Jorku.

Jak powszechnie wiadomo tym, którzy tych rozkoszy interakcji z państwem doświadczyli, w Londynie należy przynieść ze sobą noworodka  w celu okazania w konsulacie i odstać z niemowlęciem  w kolejce aż do skutku, cały dzień to cały dzień.

W Sydney telefonów w godzinach urzędowania nie odbiera się od powstania placówki, czyli od ponad 30 lat.

W Nowym Jorku jedyną poprawnie funkcjonujacą cześcią konsulatu jest kasa, pobierająca dantejskie opłaty za wszystko, według cennika sporządzonego w oparciu o analizę treści wydłubanej z nosa urzędników MSZ w Warszawie, przeświadczonych że skoro ktoś mieszka w Ameryce, to z samej istoty rzeczy stać go na dowolne ekstrawagancje.


Polskie placówki konsularne XXI wieku są zastygle jak mucha w bursztynie w erze wczesnego Breżniewa. Panienki za szkłem nie władające żadnym językiem, z ojczystym włącznie, cedzą z rozkoszą przez zęby, jak w latach 70-tych, że petent ma przyjść z powrotem do kolejki za tydzień, "bo u nas som takie przepysy".
.. 

Co z tego, że ktoś się bedzie musiał po raz kolejny zwalniać z pracy celem osobistego przyniesienia w zębach brakującej bumagi, która zresztą zostanie natychmiast zdiagnozowana przez pindę w okienku jako niedobra, nie taka, nie opieczętowana i w dodatku nie po polsku. Albo specjalnie jeszcze raz przyjechać do Sydney na przykład z Perth w Zachodniej Australii - tysiąc dolarów za bilet i cztery tysiące kilometrów.

W Londynie, jako dodatkowy wyraz specjalnej troski o emigrację zarobkową, petent któremu cokolwiek się nie podoba może dostać eksterytorialnie po mordzie od polskich ochroniarzy, i znaleźć się na nieformalnej liście proskrypcyjnej konsulatu, w którym od tej pory już nic się nie załatwi. 

 

Ja bym zatem na spodziewany polonijny huragan poparcia dla inicjatwy zniesienia TURYSTYCZNYCH  wiz amerykańskich dla Polaków zanadto nie liczył.